PiS z ordynacją do samorządów może zrobić, co chce. I kalkuluje, co mu się najbardziej opłaca. A najbardziej mu się opłaca rozbijać teoretycznie zjednoczoną opozycję. W zgłoszonym znienacka projekcie rządząca partia zdecydowała się na utrzymanie dwóch tur wyborów dla prezydentów, burmistrzów i wójtów, choć teoretycznie jedna tura dawałaby jej większe szanse. Sygnał jest jednak czytelny, bo władza gra na kłótnie między Platformą i Nowoczesną. I liczy na to, że jak już się pokłócą, to na dobre. O zjednoczonej opozycji nie będzie mowy na długie lata, a przede wszystkim – w czasie wyborów parlamentarnych.

PiS w przeciwieństwie do opozycji myśli jednak kilka kroków naprzód. Gdyby zlikwidował drugą turę, byłoby jasne, że opozycja musi się porozumieć. Najlepiej widać to w Warszawie. Byłby jeden kandydat opozycji kontra kandydat PiS. Wyłonienie wspólnego kandydata pewnie nie poszłoby jak z płatka, ale świadomość porażki oczywistej przy rozdrobnieniu konkurentów PiS musiałaby zadziałać mobilizująco. A przynajmniej tak się wydaje, bo z opozycją nawet oczywiste sprawy nie wydają się takie. Przy dwóch turach apetyty na wybicie się na niezależność rosną, a do głosu dochodzą ambicje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej