Kobiety mogły usunąć ciążę jedynie nielegalnie, wpadały w ręce szarlatanów. Wiele umierało. Czasem dochodziło do komplikacji, musiały iść do szpitala. Tam pojawiała się najpierw służba bezpieczeństwa, a dopiero gdy powiedziały, kto przeprowadził aborcję, pomagał im lekarz. Jeśli przeżyły, ze szpitala szły od razu do więzienia. Mężowie zostawali bez żon, a dzieci, które już były na świecie, bez matki. Mężowie dawali drapaka, dzieci zabierało sobie państwo i umieszczało w nędznych sierocińcach. Dzieci, które przyszły mimo wszystko na świat, były niechciane. W Rumunii do dziś mówi się o pokoleniu decret,ei – dekrecików”.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Jest pomysł na zaostrzenie prawa do przerywania ciąży. Posłowie PiS kierują przepisy aborcyjne do Trybunału Konstytucyjnego

To skutki przepisów całkowicie zakazujących aborcji w Rumunii, które Herta Müller opisała w książce „Moja ojczyzna była pestką jabłka”. Wprowadził je Nicolae Ceausescu. W ciągu 23 lat ich obowiązywania z powodu powikłań po aborcji zmarło 10 tys. kobiet. Tak podają oficjalne statystyki, ale wielu zachodnich badaczy uważa, że są zaniżone.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej