„Do Rzeczy” w sposób arcyciekawy traktuje książkę o rosyjskich powiązaniach Antoniego Macierewicza. Od miesięcy poświęca jej długie artykuły, w których pisze, że jest... niegodna uwagi. Bo to dzieło płochego amatora. Choć zarazem – owoc precyzyjnej operacji międzynarodowych sił! Inspirowanych przez Rosję, ale działających w interesie... Niemiec. Przemyślnych i potężnych, tyle że posługujących się amatorem Piątkiem.

Więcej: publicysta „Do Rzeczy” Łukasz Warzecha opisuje mnie jako paranoika, który przylepia sobie sztuczną brodę ze strachu (bezzasadnego, rzecz jasna) przed inwigilacją. Brodaty paranoik Piątek spiskuje skrycie z tajemniczym Ryszardem, chyba Petru. Tak to widzi Warzecha, który oczywiście żadnej paranoi nie ma.

Snując swe wizje, „Do Rzeczy” nie podaje argumentów. Zamiast nich stosuje inwektywy („śledczy ignorant”) lub „przycinki ws. przecinków” (doszukiwanie się rzekomych nieścisłości, choćby najdrobniejszych). Stosuje też przekłamania i jawne nieprawdy, wielokrotnie pomijając podane w książce dowody. Dlatego z redakcją „Do Rzeczy” spotkam się w sądzie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej