Jest coś niezwykle przygnębiającego w obserwowaniu Trybunału Konstytucyjnego, w tych udostępnianych w internecie relacjach z ogłaszania werdyktu. Wrażenie kompletnej amatorki, zupełnie jakby Trybunał zszedł do podziemia – co właściwie nie odbiega od prawdy.

Do tej pory sprawy były rozpatrywane na jawnych rozprawach. Przychodzili przedstawiciele Sejmu, Kancelarii Prezydenta, innych urzędów i przedstawiali swoje racje. I nieważne, że rozprawy wlokły się niemiłosiernie, a przemowy były długie. W ten sposób wszyscy odbieraliśmy lekcję szacunku dla prawa, edukacji prawniczej, a przede wszystkim – jawności życia publicznego. Trybunał jawnie tłumaczył też, dlaczego podjęto takie, a nie inne orzeczenie.

Gdy nastali sędzia Julia Przyłębska i rządzący de facto Trybunałem Mariusz Muszyński, skończyła się jawność rozpraw. Skończyła się jawność argumentów. Do Trybunału nie ma już wstępu, chyba że jest się posłem PiS. Dziennikarze – chyba że z rządowej telewizji – nie mają czego tu szukać, i tak nie zostaną wpuszczeni. Decyzje zapadają gdzieś przy „kawie i ciasteczkach”, a opinia publiczna nie ma prawa niczego się dowiedzieć. Tylko werdykt jest znany, choć to akurat bez znaczenia, bo i tak bez żadnej wątpliwości można przewidywać, jaki będzie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej