Gdy wieczorem pojawiły się informacje, że zmarł Piotr S., który 10 dni wcześniej podpalił się pod Pałacem Kultury w proteście przeciw niszczeniu Polski przez PiS, kilkudziesięcioosobowa grupa warszawiaków przyszła na miejsce tragedii, by zapalić znicze i oddać hołd jego pamięci.

Pojawił się też oddział policji. Funkcjonariusze zachowywali się bardzo grzecznie, ale posłusznie wykonywali rozkazy: filmowali i legitymowali osoby piszące sprayem hasła na chodniku i na bocznej ścianie czegoś, co dawniej było trybuną, a dziś jest nieużywanym, porzuconym kamiennym klockiem. Policjanci konfiskowali puszki z farbą, spisywali protokoły z danymi „winnych” i dokumentowali kamerą fakt pisania takich groźnych rzeczy jak: „Ja, zwykły szary człowiek, wzywam was, obudźcie się” albo „A ja wolność kocham ponad wszystko”. Rozumiem, że chodziło o zgromadzenie dowodów na potrzeby oskarżenia o… No właśnie, o co?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej