Człowiek ten nie pozostawił miejsca na niedomówienia i wątpliwości co do motywów swego desperackiego czynu. Na chodniku leżał list. Chłodny i do bólu logiczny, pod którym większość spośród czytelników „Wyborczej” zapewne się podpisuje. Protest przeciw naruszaniu praworządności, gwałceniu konstytucji oraz praw i wolności obywatelskich w Polsce.

Łączy nas wolność

To list przejętego sprawami publicznymi obywatela, który z bezsilną rozpaczą patrzy, jak w jego kraju depcze się wolność. Z rozpaczą, bo – jak napisał – „ten rząd wstrząsa podstawami naszej państwowości i funkcjonowania społeczeństwa. Natomiast większość społeczeństwa śpi, nie zwraca uwagi, co się dzieje, i trzeba je z tego snu obudzić”.

Gdy Jego żona, syn i córka skontaktowali się z redakcją OKO.press i opowiedzieli o mężu i ojcu, anonimowa postać mężczyzny spod Pałacu Kultury zmieniła się w prawdziwego człowieka. Pana Piotra z Niepołomic. Inteligentnego, wykształconego, czułego dla bliskich i wrażliwego pięćdziesięcioczterolatka. I co dla mnie akurat uderzające – mojego rówieśnika. Naznaczonego tym samym pokoleniowym doświadczeniem, naładowanego tymi samymi obrazami: karnawał „Solidarności”, ruchy szkolne, stan wojenny, NZS, strajki studenckie, drugoobiegowa literatura, poezja, ulotki, świeczki w oknach, ZOMO, podziemie, Okrągły Stół, demonstracje i Kaczmarski: „A tu całkiem kadr jak z Wajdy, człowiek, sztandar, dymu chmury”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej