Wywiad z prymasem Wojciechem Polakiem w „Tygodniku Powszechnym” przeczytaliśmy z zachwytem. Oto kapłan, który zdecydowanie opowiada się za państwem prawa. Mówi wyraźnie, że należy przyjmować uchodźców, a jeśli księża będą przeciwni, zostaną suspendowani, i zapewnia, że Kościół nie miesza się do polityki. Z podobnym zachwytem przyjęliśmy wypowiedź prymasa, gdy na Jasnej Górze prosił o zachowanie ładu konstytucyjnego, a słuchali go prezydent, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu. Osoby, które robią wszystko, by ten ład burzyć. W uniesieniu wsłuchiwaliśmy się w słowa metropolity warszawskiego kardynała Kazimierza Nycza, który prosił Boga, by nie zachwiał trójpodziałem władzy, a do sędziów apelował, by nie bali się cierpienia, gdy trzeba będzie walczyć o ocalenie niezawisłości sędziowskiej.
Lecz ten nasz – zwolenników liberalnej demokracji – zachwyt jest też wyrazem hipokryzji. Cieszymy się, gdy Kościół staje w obronie demokracji. Cytujemy hierarchów na potęgę. A przede wszystkim nie odmawiamy Kościołowi prawa do zabierania głosu w sprawach publicznych, ba, wręcz politycznych. Ale wystarczy, że Kościół wypowie się niezgodnie z naszymi przekonaniami – na przykład w sprawie aborcji i świętości życia od chwili poczęcia – a natychmiast odsądzamy go od czci i wiary. Wołamy, że miesza się w sprawy publiczne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej