Siedzisz wraz z przyjaciółmi wokół ogniska na swojej ziemi, bawisz się z psem, oglądasz przez lunetę gwiazdy, słuchasz rykowiska, pijesz alkohol albo po prostu leżysz, gdy nagle kule zaczynają świstać ci nad głową? Scenariusz z thrillera klasy C? Niekoniecznie: od 1995 roku, kiedy zostało uchwalone prawo łowieckie, myśliwi w Polsce mieli właściwie całkowitą dowolność w wyznaczaniu obwodów. Poza parkami narodowymi i terenami objętymi ochroną prawną mogli rozporządzać ziemią według własnego widzimisię. Jak do tego doszło, to zupełnie inna opowieść: w polskiej polityce utrzymuje się (a jest to sojusz trwały i niezmienny) ponadpartyjny i apolityczny sojusz.

Czyś z lewa, czyś z prawa – nie ma to znaczenia, chyba że przy ustalania zasad obławy. Jeżeli chodzi o zwierzynę, zwycięża odwieczny duch polowania.
Jeśli istnieje w Polsce jakaś kasta korzystająca z prawdziwie feudalnych przywilejów, nietykalna i za nic mająca reguły życia społecznego, to jest nią właśnie społeczność myśliwska.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej