150 tys., 60 tys., 150 – tych liczb nie usłyszymy w rządowych mediach, które będą we wtorek relacjonować wizytę tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana w Polsce. A to one dają dobre pojęcie o sytuacji w Turcji. Dotyczą odpowiednio: ludzi osadzonych w aresztach pod zarzutem rzekomego współuczestnictwa w ubiegłorocznej próbie wojskowego puczu, ludzi wyrzuconych z pracy z wilczym biletem oraz zamkniętych redakcji tureckich gazet i innych mediów.

Są to jednak liczby zbyt małego rzędu, by się nimi zajmować przy tak doniosłej okazji jak spotkanie przywódców wstających z kolan. I jeśli już jakieś liczby w ogóle przy okazji wizyty Erdogana padną, to raczej rzędu milionów – w twardej walucie – które wymienimy we wzajemnym handlu i inwestycjach z krzepnącą potęgą, w jaką Turcja pod światłymi rządami Erdogana się przeobraża i emancypuje.

Można też założyć – znając już z grubsza upodobanie prezydenta Andrzeja Dudy do zajmowania się raczej przeszłością niż przyszłością – że padnie kilka patetycznych słów o historycznej wyjątkowości stosunków polsko-tureckich, bo - wiadomo - Turcja jako jedyna nigdy nie uznała rozbiorów Polski. O Józefie Bemie na służbie sułtana już niekoniecznie usłyszymy, bo przecież generał dokonał konwersji na islam. A dziś, gdy islamski żywioł u bram, akurat to może lepiej przemilczeć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej