W sobotę uciekła stamtąd duża liczba bojowników ISIS, a Kurdowie przypuścili uderzenie na centrum miasta. Walki mogą potrwać, ale los Rakki jest przesądzony. W przeciwieństwie do losu Państwa Islamskiego.

Niewiele z tego „państwa”, jeśli rozumieć je jako projekt terytorialny, pozostało. W Iraku dżihadyści są tylko w prowincji Anbar, w Syrii zajmują część prowincji Dejr az-Zaur i ziemie przy irackiej granicy. Co dalej? Bojownicy długo mogą walczyć ze ścigającymi ich wojskami, podkładając miny i detonując bomby. Nie można wykluczyć, że pójdą w ślady afgańskich talibów, którzy po kilku latach od inwazji USA nabrali sił na tyle, że znów zdobywają terytorium i zagrażają rządowi w Kabulu. Nie jest to jednak bardzo prawdopodobne.

Z drugiej strony niezmienne pozostają warunki, które umożliwiły postępy dżihadystów: sunnici nadal będą się czuli obywatelami drugiej kategorii. W Iraku są przegraną mniejszością, w Syrii – przegraną większością. Bagdad i Damaszek stają się klientami Teheranu, w terenie będą rządzić szyickie milicje. ISIS chce to wykorzystać, podsycając sunnicko-szyicką nienawiść.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej