O negatywnych skutkach tzw. reformy oświaty powiedziano już niemało. Wielu znakomitych ekspertów oceniało – bez wyjątku negatywnie – kwestie programowe i efekt kumulacji roczników. Ale jest jeden wątek, który przewija się z rzadka: otóż reforma nie tylko pogorszy warunki w szkołach, nie tylko pogłębi różnice w poziomie nauczania, ale też koniec końców doprowadzi do prywatyzacji polskiej oświaty.

Minister Anna Zalewska, ogłaszając w mediach sukces, zaklina rzeczywistość. Liczy zapewne, że prawda o skutkach reformy wyjdzie na jaw już po wyborach samorządowych w 2018 r., a wszelkie wcześniej widoczne niedociągnięcia uda się zrzucić na karb samorządów. I rzeczywiście może na to liczyć, bo najgroźniejsze będą skutki długofalowe, możliwe do zmierzenia dopiero za kilka lat. Ale już dziś, wiedząc, co wniosła zmiana organizacji szkół, da się postawić pewne tezy.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej