Kontrolę nad państwowymi spółkami mają politycy. Nie żaden mityczny skarb państwa, nie menedżerowie, nie fachowcy, ale właśnie politycy. Taka sytuacja istnieje w Polsce od dawna, choć za rządów PiS nasiliła się walka o wpływy w państwowych firmach, a politycy bez żenady mówią, że najważniejszą, o ile nie jedyną, cechą członków zarządów ma być lojalność wobec partii.

Na obsadę kadrową spółek wpływ mają lokalni bonzowie PiS, pomniejsi posłowie wpychają na wysoko płatne stanowiska swoje dzieci, kuzynów i znajomych. Ministrowie i członkowie najwyższych władz PiS kłócą się o wpływy, które przekładają się na liczbę wiernych pomniejszych posłów i działaczy, jak dawna szlachta u magnatów „wiszących u klamki pana”. Wiele do powiedzenia w sprawach kadrowych w spółkach mają też Tadeusz...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej