Od 2 października Polacy będą mogli odchodzić na emeryturę w nowym, obniżonym wieku: 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Oficjalnie wszyscy w rządzie zmianę popierają. Wystarczy jednak pogrzebać w archiwach w wypowiedziach, aby przekonać się, z jak wielką hipokryzją mamy do czynienia.

Bartosz Marczuk, wiceszef Ministerstwa Pracy w rządzie PiS-u – a to ten resort odpowiadał za wejście w życie obniżonego wieku emerytalnego – wcześniej był dziennikarzem. W maju 2014 r. pisał na blogu w serwisie Salon24: „Powiem wprost. Wszystkich, którzy uważają, że wydłużenie wieku emerytalnego jest złe, uważam albo za głupków, albo za cyników. Jest jasne jak słońce, że jeśli żyjemy dłużej, powinniśmy dłużej pracować. Dobrobyt i rozwój biorą się z pracy, a nie ze świadczeń. Ktoś, kto tego nie rozumie, jest głupkiem, ktoś, kto rozumie, ale wykorzystuje w debacie lęki ludzi, jest cynikiem”. Dodał, że niemal wszystkie kraje OECD, w większości od nas bogatsze, mają wiek emerytalny 67 lat dla obu płci lub powoli dochodzą do tego poziomu.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej