Populista, niszcząc fundamenty demokracji, powołuje się na wolę ludu, dyktator uderza w nią, wykorzystując do tego prawo. I chociaż podziwiam Macieja Stasińskiego za to, że potrafił stanąć w swoim komentarzu po stronie Goliata, kpiąc ze współczucia dla słabszych, to jednak jego pomysł, by sprowadzić wydarzenia w Katalonii do problemu prawnego i naiwnego nacjonalizmu, wydaje się chybiony.

Aresztowanie przeciwników politycznych, rekwirowanie kart do głosowania oraz plakatów promujących referendum, ignorowanie milionowego tłumu na ulicach Barcelony - a wszystko w imieniu prawa. Na pierwszy rzut oka widać, że Katalończykom coś się nie podoba i chcą zmian. Posunęli się tak daleko, że postanowili zagłosować w referendum. Nie chwytają za broń, nie szykują się do walki, chcieliby jedynie złapać za długopis przy urnach wyborczych. Rząd w Madrycie uznał jednak demokratyczne metody wyrażania opinii za zagrożenie. Źle się dzieje, kiedy politycy karzą za chęć zagłosowania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej