Jesteśmy świadkami najostrzejszego epizodu w rozwijającej się od kilku tygodni dramatycznej telenoweli: Katalonia rwie się do niepodległości, a Hiszpania Katalonię dławi. Hiszpańska policja bezpieczeństwa aresztowała w środę 14 wysokich urzędników rządu w Barcelonie i zarekwirowała miliony egzemplarzy kartek do głosowania oraz innych materiałów przygotowanych na referendum niepodległościowe 1 października. Na ulice miasta wyszły tysiące ludzi oburzonych tym, że Hiszpania depcze ich prawa i wolność.

Nieuprzedzony widz myśli sobie: oto uciemiężonemu narodowi domagającemu się samostanowienia stawia na karku stopę odwiecznie imperialna Hiszpania. Mniejszości budzą sympatię, bo często istotnie padają ofiarą państw silnych i autorytarnych. Ale tym razem rzeczy mają się zgoła inaczej.

Hiszpania nie jest ani centralistycznym, ani imperialnym, ani autorytarnym państwem, jakim była jeszcze w początkach XX wieku, a potem ponownie za dyktatury gen. Franco w latach 1939-76. Jest demokratyczną monarchią konstytucyjną, tak dalece zdecentralizowaną, że jej 17 regionów, w tym przede wszystkim Katalonia i Kraj Basków, ma samorządy – kulturalne, językowe, ekonomiczne, prawne, edukacyjne – jakich nie ma żaden region innego kraju w Europie. Nadrzędnym prawem w Hiszpanii jest jej demokratyczna konstytucja z 1978 r. Samorządy rządzą się zaś w ramach statutów autonomicznych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej