Kiedy dwa lata temu zgłoszono kandydaturę Adama Bodnara na rzecznika praw obywatelskich, skrajnie prawicowe media rozpętały prawdziwą kampanię strachu. Jeszcze zanim objął urząd, zalecano zapiąć pasy, bo „będzie ostry skręt w lewo”. Ostrzegano, że nowy RPO będzie w majestacie urzędu ombudsmana realizować działania, które okażą się „swoistą społeczną wojną hybrydową”. Nagłówki „niepokornych” portali alarmowały, że urząd obejmie „tęczowy rzecznik”, zwolennik adopcji dzieci przez homoseksualistów, entuzjasta Palikota, obrońca marszów równości i tropiciel homofobii.

W tej kampanii strachu, sugestii, niedomówień, przekłamań i zwykłego hejtu zabrakło tylko informacji, że w wolnych chwilach obrońca praw człowieka jeździ czarną wołgą, porywa dzieci i staruszki, które potem zamyka w piwnicy. Obywatele mieli się bać. Bać rzecznika swoich własnych praw.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej