Budapeszt i Berlin to główni sojusznicy rządu Prawa i Sprawiedliwości. Węgry to sojusznik z miłości. Z premierem Viktorem Orbánem polityków polskiego obozu rządzącego łączy ideologia antyeuropejska i antyliberalna oraz populistyczna demagogia. Jarosław Kaczyński zapowiadał Budapeszt w Warszawie, a teraz ten plan wciela w życie, demontując według węgierskich wzorów budowane przez 27 lat polskie demokratyczne państwo prawa.

Niemcy to sojusznik z rozsądku, choć do tego związku rząd w Warszawie niechętnie się przyznaje. Ale to kanclerz Angela Merkel, mimo serii ataków propagandowych (ostatnio PiS domaga się od Niemiec miliardów tytułem reparacji wojennych), do tej pory życzliwie patrzyła na sąsiedni kraj. Próbowała rozmawiać, przekonywać, że kurs, na jaki po wyborach w 2015 r. weszła Polska, wiedzie na manowce. Rok temu spotkała się z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim w ścisłej tajemnicy w podberlińskim zamku. Z prezydentem Andrzejem Dudą rozmawiała w cztery oczy, bez tłumaczy i doradców. A zachodnioeuropejskim politykom, którzy chcieliby wyciągnąć wobec Polski konsekwencje za łamanie rządów prawa, mówiła „nein”. Prosiła ich o cierpliwość, wyjaśniając, że przedwczesna i zbyt ostra reakcja Unii Europejskiej zaszkodzi i tylko wzmocni populistów w Polsce.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej