Wypadki samochodów rządowych, nawet tych, które prowadzone są przez najlepszych kierowców z BOR, zdarzały się zawsze i nigdy nie da się do końca im zapobiec. Jednak nagromadzenie tych zdarzeń w ciągu ostatnich niespełna dwóch lat (z kumulacją dwóch groźnych kolizji, która miała miejsce w środę i czwartek) każe zadać pytanie, czy nie ma tu głębszej przyczyny?

Moim zdaniem tak właśnie jest.

Biuro Ochrony Rządu jeszcze przed objęciem rządów przez PiS podlegało ogromnej presji ze strony szykującej się do przejęcia władzy partii Jarosława Kaczyńskiego. Powodem była katastrofa smoleńska i rzekome lub rzeczywiste zaniedbania BOR. Wprawdzie nie miały one żadnego wpływu na to, że doszło do tragedii, ale i tak w narracji PiS BOR stał się jednym z głównych „winnych” śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego delegacji.

To właśnie wtedy zaczęła rosnąć frustracja wśród oficerów Biura. Na próżno przypominali, że o poległych na służbie kolegach mówili, że ich formacja poniosła w Smoleńsku największe w swojej historii straty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej