Po pierwsze, jestem najmniej antysemicką osobą, jaką spotkałeś w całym swoim życiu. Po drugie, jestem najmniej rasistowską osobą”. Kiedy prezydent powiedział to w lutym, zaniepokoiłem się. Chwilę temu, kiedy widziałem slogan „Heil Hitler” na koszulce jednego z młodych ludzi w Charlottesville, zrozumiałem dlaczego.

Spędziłem lata na badaniu wspomnień Żydów, którzy przeżyli Holocaust, i tych, którzy ich ratowali. Kiedy pytano ratujących, dlaczego to robili, zwykle unikali odpowiedzi. Jeżeli już coś mówili, to zwykle tylko tyle, że robili to, co każdy by zrobił na ich miejscu. Historycy czytający materiały źródłowe zazwyczaj dochodzą do intuicyjnych wniosków. Ja doszedłem do przekonania, że ludzie, którzy przechwalali się ratowaniem Żydów, zazwyczaj tego nie robili; w gruncie rzeczy częściej okazywali się antysemitami i rasistami.

Piszę te słowa w Polsce, gdzie Holocaust jest obecny w każdej nieobecności; w domu, w którym Czesław Miłosz spędzał lato, kiedy był w wieku tych młodych ludzi z fotografii w Charlottesville. W 1943 roku w Warszawie patrzył, jak wiatr roznoszący popioły nad murem płonącego getta rozwiewa sukienki dziewcząt kręcących się na karuzeli po „aryjskiej stronie”. I jak ludzie usiłują chwytać popioły przelatujące przez powietrze jak „czarne latawce”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej