Sztuczka, jaką wymyślił marszałek Sejmu dla ratowania skóry Mariusza Kamińskiego, nie była ani trochę finezyjna. W samej rzeczy był to prostacki trik polegający na nazwaniu „sporem kompetencyjnym” czegoś, co nie zawierało nawet cienia rywalizacji kompetencyjnej między organami państwowymi i co otwierałoby pole do rozstrzygnięcia przez Trybunał Konstytucyjny. Sztuczka opierała się więc na oczywistym fałszu.

Nie było też żadnego zaskoczenia w tym, że mgr Julia Przyłębska z entuzjazmem przyjęła zadanie partyjne i skarciła prof.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej