Minister Niesprawiedliwości siedzi zadumany w fotelu i myśli: Mam sprawę w sądzie, ale nie jestem pewny korzystnego wyroku. Nie mogę dopuścić do przegranej. W końcu sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po mojej stronie. Co ja biedny człowiek zrobię? O już wiem! Jeśli prokurator jest innego zdania, podporządkuję sobie prokuraturę i moje zdanie będzie stanowiskiem prokuratury. Ale czy to wystarczy? Zaraz, są jeszcze sędziowie. OK, spowoduję, że moi ludzie będą nimi kierować.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej