CZYTAJ: Roman Kuźniar: Nie legitymizować puczu >>>

A ja przestrzegam przed takim krokiem, który przyniósłby więcej szkód niż korzyści.

Przede wszystkim zgadzam się z Aleksandrem Smolarem, który uważa, że w tej chwili zostałoby to źle odebrane przez opinię publiczną i dowodziłoby raczej słabości niż siły opozycji. Zdaniem Smolara bojkot może mieć tylko charakter okresowy i musi wiązać się z jakimś konkretnym i szczególnie dramatycznym wydarzeniem. Można było wyjść, gdy Kaczyński z szaleństwem w oczach miotał obelgi na przeciwników, ale już nie teraz.

Ale to nie wszystko. Z obecności opozycji w parlamencie płyną też liczne korzyści.

Nie mam na myśli tylko wymiernych korzyści instytucjonalno-finansowych, choć i one są ważne. Wszystkim partiom w parlamencie przysługują państwowe dotacje, z których finansują swoją działalność, prowadzą biura w całym kraju itd. Prawnie nie ma to związku z uczestniczeniem czy nieuczestniczeniem w obradach, ale PiS przyzwyczaił już nas do tego, że prawem się nie przejmuje. Możemy mieć pewność, że tak jak wbrew konstytucji zniszczył niezależność sądów, tak odebrałby też pieniądze opozycji, posługując się demagogicznym hasłem „kto nie pracuje, ten nie je”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej