Po bitwie na słowa i mikrofony w sejmowej komisji sprawiedliwości dziennikarze zapytali bohatera tej bitwy Marka Suskiego, dlaczego zmiany kluczowe dla ustroju państwa przepychane są w tak szalonym tempie. Rozanielony triumfem poseł zapytał: - A dlaczego miałyby przebiegać wolniej? I ten trzeźwy argument wzmocnił kolejnym: posłowie się spieszą, bo przecież w piątek jadą na wakacje.

Tymczasem dzięki Suskiemu i innym posłom PiS ja już od wielu tygodni czuję się jak na wczasach. Drogich, bo zagranicznych.

Kiedy patrzę na Sejm otoczony metalowymi barierami i kordonami policji – czuję się jak na Białorusi.

Kiedy posłowie czczą objawienia fatimskie – widzę Iran.

Kiedy ograniczają prawa kobiet – zwłaszcza do podejmowania decyzji o rodzeniu (in vitro) lub nierodzeniu (ellaOne) dzieci – widzę Arabię Saudyjską.

Kiedy oglądam awantury w Sejmie – widzę starcia parlamentarzystów z Macedonii, Tajwanu i Ukrainy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej