Proszę państwa, 20 lipca 2017 roku skończyła się w Polsce demokracja. Bez żadnego trybu. Nie z hukiem, ale skomleniem. Sejm przegłosował de facto likwidację niezawisłego Sądu Najwyższego, ostatnią z pakietu ustaw o sądownictwie.
Kiedy ostatnio zaczynały się w Polsce rządy autorytarne, miały twarz Józefa Piłsudskiego, Naczelnika, bohatera narodowego, symbolu niepodległości. Dziś to twarz Stanisława Piotrowicza, komunistycznego prokuratora deklarującego bez mrugnięcia powieką: „Czy może być większym zaszczytem, gdy znieważają mnie ludzie, którzy godzą w demokrację, którzy pod rękę demonstrują z funkcjonariuszami służb PRL-owskich?”. I Krystyny Pawłowicz, która dziennikarzom obiecuje, że po wakacjach PiS się nimi zajmie. No i oczywiście Jarosława Kaczyńskiego, z sejmowej trybuny krzyczącego na opozycyjnych posłów, że są kanaliami, które wycierają swoje mordy nazwiskiem jego brata.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej