Jego wypowiedź stawiająca „ultimatum” własnej partii, grożąca wetem wobec ustawy o Sądzie Najwyższym, o ile sędziowie do Krajowej Rady Sądownictwa nie będą wybierani większością trzech piątych głosów, została odebrana dość przychylnie. Część obserwatorów oceniła to jako próbę zyskania przez Dudę podmiotowości, mimo że od razu powstały podejrzenia o ustawkę przygotowaną między prezydentem a ministrem sprawiedliwości. Społeczeństwu podoba się przecież prezydent samodzielny, koncyliacyjny, a nawet delikatnie odcinający się od brutalnych metod stosowanych przez PiS.

Poprawki, które wtorkowej nocy wprowadzał do ustawy o Sądzie Najwyższym poseł Stanisław Piotrowicz, doprowadzą do tego, że to prezydent, a nie minister sprawiedliwości będzie określał, który z sędziów Sądu Najwyższego pozostanie w jego składzie, oraz że to prezydent nada regulamin SN.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej