Zakończoną w środę trzydniową wizytę izraelskiego premiera Beniamina Netanjahu w Budapeszcie przy okazji odbywającego się tam szczytu Grupy Wyszehradzkiej z góry można było określić jako sukces. Sukces bardzo długo oczekiwany: choć Węgry były pierwszym krajem bloku sowieckiego, który w 1989 r. wznowił stosunki dyplomatyczne z państwem żydowskim zerwane po wojnie sześciodniowej 1967 r., była to pierwsza oficjalna wizyta izraelskiego premiera od ich nawiązania w 1948 r.

Prócz zwyczajowo przy takiej okazji podpisywanych licznych porozumień rzucały się w oczy dobre osobiste stosunki między gościem a gospodarzem, węgierskim premierem Viktorem Orbánem. Obaj przywódcy nie lubią opozycji, wolnych mediów, obcych przybyszów, praw człowieka, wtrącającej się Unii Europejskiej oraz George’a Sorosa. Lubią ład i porządek, rządową propagandę, naród (społeczeństwo wyraźnie mniej), granie Unii na nosie oraz Donalda Trumpa. Ta fantastyczna zgodność byłaby podstawą do niezachwianej przyjaźni, gdyby nie pewien problem: Soros jest Żydem. Dla Netanjahu nie jest to wprawdzie okolicznością łagodzącą: jego rząd uważa amerykańskiego finansistę za wroga i mówi to wprost. Soros bowiem wspiera izraelskie i żydowskie organizacje pozarządowe krytyczne wobec rządu w Jerozolimie i – jak wynika z opublikowanych na Wikileaks dokumentów sorosowskiego OSI – poparcie to jest zamierzone.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej