Przyznaję, nie bez zaciskania zębów i poczucia musu wynikającego z zawodowego obowiązku, choć czasem też dla dawki bardzo czarnego humoru, że regularnie oglądam seanse nienawiści w państwowej telewizji. Ze szczególnym zainteresowaniem śledzę rzecz jasna propagandową walkę z Tomaszem Piątkiem, który od początku wybuchu rosyjskiej afery z szefem MON-u jest przez funkcjonariuszy PiS-u zatrudnionych tam na stanowiskach dziennikarzy zwalczany szczególnie zajadle.

Jest więc Tomasz przez onych określany rozmaicie, a ewolucję mających oczernić go przymiotników obserwuję nie bez pewnej fascynacji – zrozumiałej, jeśli uwzględnić, jak niezmiernie rzadko normalny człowiek, niepałający na ogół do nikogo specjalną nienawiścią, ma okazję zobaczyć rozgrywające się przed jego nosem, na żywo, kolejne etapy rozwoju zła, tzw. studium zła.

Najpierw był więc Piątek kłamcą, był nim jednak niezbyt długo, bo okazało się, że zwyczajnie nie kłamie. Narracja o oszuście stała się więc zbyt trudna i kosztowna w utrzymaniu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej