Różnorodność głosów opozycji uważam za wartość, a nie za słabość. Jednak są momenty, gdy polifoniczna sonata przeobraża się w marsz żałobny. Ten moment przyszedł w środową noc, gdy wyszło na jaw, że PiS zamierza uzyskać narzędzia do sfałszowania wyborów. Dlatego ze zdumieniem przyjąłem stanowisko Partii Razem, która zamiast zamachem na Sąd Najwyższy zajęła się... warszawską Platformą Obywatelską.

O ile do tej pory sensowna była wiara (sam byłem jej wyznawcą), że podstawowa zasada systemu demokratycznego - wybory, których prawidłowy przebieg kontrolowany jest przez niezależne od aktualnej władzy instytucje państwa - zostanie przez PiS uszanowana, o tyle jednak w chwili ataku na Sąd Najwyższy i próby likwidacji ostatniej takiej instytucji wiara ta traci oczywiście sens. I trzeba wyciągnąć z tego konsekwencje.

Różnice między konserwatystami, liberałami i lewicą stają się nieistotne, gdy zagrożony jest ład, który nadaje sens ideowym sporom.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej