To był całkiem przyjazny tłum. Niestety do czasu.

Jak wiadomo, na spotkanie z Trumpem przyjechali zwolennicy jego i PiS. W zorganizowanych grupach, nawet jeśli twierdzili, że zrobili to spontanicznie i samodzielnie. Ale prawda jest też taka, że nikt ich do tego przyjazdu nie przymuszał. Przyjechali, bo chcieli.

Czekanie na prezydenta miało charakter radosnego pikniku. Polacy z gwiaździstymi flagami wśród amerykańskich żołnierzy byli radośni i serdeczni. Amerykańscy żołnierze też byli uśmiechnięci i radośni, nawet nieco zaskoczeni swoją popularnością. Chętnie rozmawiali z Polakami, którzy śmiali się, żartowali, robili zdjęcia. Zero agresji.

I nagle coś się zmieniło: na placu pojawili się politycy opozycji.

Ktoś dał sygnał. I się zaczęło. Sympatyczni, życzliwi ludzie w okamgnieniu zmienili się w pełen agresji tłum skandujący: „Złodzieje, złodzieje!”. A gdy pojawił się Lech Wałęsa, było jeszcze gorzej: „Bolek, Bolek!”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej