PiS chce opanować sądownictwo nie tylko po to, by dowolnie naginać prawo i rozprawiać się z opozycją. Usłużny Sąd Najwyższy jest potrzebny rządzącym w razie kryzysu ich władzy.

Wyobraźmy sobie: PiS przegrywa wybory parlamentarne, ale nie zamierza oddać rządów. Wie, że przyjdzie czas rozliczeń, także karnych, za zamach na demokrację. Składa więc wniosek do Sądu Najwyższego o unieważnienie wyborów, przytaczając fałszywe dowody na przekręty wyborcze dokonane przez opozycję. A zgodnie z art. 101 konstytucji właśnie SN stwierdza „ważność wyborów do Sejmu i Senatu”. Jeśli będą tam przeważać nominaci PiS o moralności podobnej do niedawno mianowanych przez władzę gwiazd Trybunału Konstytucyjnego, łatwo przewidzieć, że postąpią tak, jak życzy sobie partia. Unieważnią wybory. PiS zyska czas, by pacyfikować opozycję.

Jest też możliwy inny wariant. PiS, wiedząc, że przegra, dokonuje wyborczych fałszów i tak zmienia wynik wyborów. A podległy mu SN odrzuca protesty wyborców i przyklepuje całą operację.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej