Kiedy piszę te słowa, gdzieś w Grecji i we Włoszech w obozach dla uchodźców koczują tysiące ludzi. Z narażeniem życia przepłynęli przez morze, ale wielu ich bliskich miało mniej szczęścia: utonęli po drodze albo zginęli pod bombami w ogarniętej wojną domową Syrii. Jest w tym coś upiornie smutnego, że polski prezydent z ich cierpienia uczynił element politycznego marketingu. Ich los dla przywódcy dużego europejskiego kraju znaczy nie więcej niż krzyżyk na kartce wyborczej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej