Niemcy z władzą PiS oficjalnie grają łagodnie. Ostatnio do Warszawy z pojednawczym przesłaniem przyjechał prezydent Frank-Walter Steinmeier, wcześniej był u nas szef dyplomacji Niemiec Sigmar Gabriel i sama kanclerz Angela Merkel, która spotkała się nawet z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Ograniczania w Polsce praworządności nikt z nich oficjalnie nie skrytykował, nie licząc łagodnych, kilkuzdaniowych napomnień, na jakie kanclerz Merkel pozwoliła sobie na konferencji prasowej.

Do tej pory zarówno Berlin, jak i pozostałe państwa Unii brudną robotę, czyli żmudne rozmowy z polskim rządem, pozostawiały Komisji Europejskiej. Pomysł był taki: niech jej pierwszy wiceprzewodniczący Frans Timmermans użera się z Warszawą i cierpliwie znosi wylewane mu na głowę pomyje. Niemcy dzięki temu mogą zapewniać, że chcą z rządem PiS utrzymywać jak najlepsze relacje. To najwyraźniej była marchewka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej