Gdy jakaś mniejszość jest dyskryminowana i krzywdzona, trzeba ją wspierać. Powodów jest wiele. Ten najstarszy wynika z chrześcijaństwa, które nakazuje miłość bliźniego i troskę o pokrzywdzonych. Ci, którzy pomagają wykluczonym, karmią głodnych, przyjmują uchodźców, uzyskają życie wieczne – jak obiecywał Jezus.

Ci, którzy od mniejszości się odwracają, wykluczają – smażyć się będą w piekle. Jednak w Polsce ta ewangeliczna narracja zupełnie jest nieskuteczna. Chrześcijaństwo się tu najwyraźniej nie przyjęło, a narodowa wersja katolicyzmu jest w coraz większym stopniu zaprzeczeniem religii Jezusa, a nie jedną z jej postaci. Widać to po oracjach politycznych w kościołach czy po hejtach katolików, czy po wykrzywionych z nienawiści twarzach bojowników „katolickiej Polski” pod Teatrem Powszechnym.

Inny powód ma charakter oświeceniowy i jest wyrazem tolerancji pozytywnej. Jak mawiał Wolter: nie lubię twoich przekonań, twojej religii, twojego sposobu życia, ale do końca życia będę walczył, byś miał takie samo prawo jak ja do głoszenia swoich poglądów i prowadzenia własnego stylu bycia. Tolerancja pozytywna wynika z uznania dla równości i różnorodności. Można ją wesprzeć argumentem z wyobraźni: każdy zawsze może się stać członkiem wykluczanej mniejszości. Wystarczy autorytarna władza, która uzna, że należysz do „gorszego sortu”. Nie musisz być gejem, możesz być po prostu demokratą lub kobietą i jesteś na peryferiach społeczeństwa. Dobrze jest wtedy wiedzieć, że inni cię wesprą i będą stać po twojej stronie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej