Oksfordzki wykład profesora (bo przecież nie sędziego) Lecha Morawskiego został już wszechstronnie skrytykowany. Wskazywano – i słusznie – że ktoś, kto uważa się za „sędziego”, nie może jednocześnie mówić, że reprezentuje także rząd; że „sędzia”, który ma w takiej pogardzie konstytucję, że nazywa ją „dramatem” i „tragedią”, nie ma kwalifikacji, by właściwie ją interpretować, do czego jest urzędowo zobowiązany; że oskarżenie konkretnych instytucji, składających się w końcu z ograniczonej liczby ludzi, o korupcję jest nieprzyzwoite (notabene, mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy sędziowie...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.