Pół biedy, że prezydent Andrzej Duda zwyczajnie, prosto w oczy nałgał obywatelom i obywatelkom Polski, mówiąc 3 maja na placu Zamkowym o „dorobku dwudziestu lat obowiązywania konstytucji z 1997 r.”.

Prezydent najlepiej wie przecież, że konstytucja obowiązywała zaledwie przez lat osiemnaście i pół, gdyż w listopadzie i grudniu 2015 roku została brutalnie zdeptana przez niejakiego Andrzeja Dudę – prezydenta, który na polecenie partii nie wypełnił obowiązku odebrania ślubowania od wybranych przez Sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a zamiast nich bezprawnie skierował do pracy w sądzie konstytucyjnym kolegów i koleżanki z Prawa i Sprawiedliwości.

Wbrew prawu i wyrokom Trybunału Konstytucyjnego, wbrew całemu cywilizowanemu światu, nie przejmując się podobieństwem do putinowskiej Rosji. Później nie było lepiej – od półtora roku konstytucja obowiązuje tylko na papierze, bo śladem prezydenta poszli inni politycy jego formacji, wbrew prawu cenzurując publikacje i nie wykonując wyroków Trybunału Konstytucyjnego, pisząc i uchwalając podsuwane Dudzie do podpisu, jaskrawo sprzeczne z konstytucją ustawy; przyklepując je w atrapie Trybunału Konstytucyjnego. Ręka rękę myje – to wiemy, to właśnie pół biedy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej