Umundurowani młodzi ludzie obojga płci z zielonymi sztandarami maszerujący Krakowskim Przedmieściem na plac Zamkowy; równe kolumny jakby wyjęte z filmu Leni Riefenstahl; wreszcie policja brutalnie ściągająca z jezdni pokojowych demonstrantów, którzy poświęcili wolną sobotę, by zademonstrować brak zgody na obecność skrajnej, faszyzującej prawicy w przestrzeni publicznej.  

Sobotni marsz ONR po warszawskich ulicach przyprawiał o ciarki na plecach. 

Grupa rekonstrukcyjna 

Na ile to, co widzieliśmy w sobotę, może się stać naprawdę groźne dla polskiej demokracji? Ile dywizji tak naprawdę ma ONR? Czy jest w stanie zmienić się w poważny, polityczny ruch? 

Na razie – wydaje się – nie. 

W marszu wzięło udział kilkaset osób. Zobaczyliśmy raczej popis licznej grupy rekonstrukcyjnej zafascynowanej faszystowskim szykiem lat 30. niż manifestację prężnego, walczącego o rząd na ulicach i w duszach antysystemowego ruchu politycznego. 

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej