Ludzie ministra środowiska Jana Szyszki mają dziś sadzić nowe drzewka w Puszczy Białowieskiej.

Jeszcze niedawno był tu piękny kawałek Puszczy. Nie dali jej rady Niemcy w czasie I wojny światowej ani nawet Anglicy z firmy Century. To, co wycięli, szybko zarosło świerkami, dębami, grabami. Rana się zabliźniła. Piękne drzewostany, zwane pocenturowskimi, były przez dziesiątki lat jednymi z najcenniejszych fragmentów Puszczy, symbolem jej niezwykłej witalności.

I byłyby dalej, gdyby nie minister Szyszko i stojąca za nim zachłanna korporacja – Lasy Państwowe. Wyrżnęli 90-letnie świerki (bo zaatakował je kornik), wraz z nimi poległy dęby. W miejscu, gdzie zachwycały, straszą teraz smutne pieńki oraz paliki znaczące punkty, gdzie minister ma sadzić nowe drzewka.

Tu ma być nowy „las”. Jest mostek (żeby goście bucików sobie błotem nie ubrudzili) i coś w rodzaju zagródki dla oficjeli (żeby było wiadomo, kto ważny). Jednym słowem – porządek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej