W ciągu ostatnich dwóch tygodni mieszkańcy stolicy byli świadkami dwóch niezwykłych przypadków obywatelsko-ulicznego wzmożenia.

Pierwsze stało się już czymś w rodzaju ponurego święta polskiej demokracji. W rocznicę katastrofy smoleńskiej przez cały dzień państwo organizowało apele, msze, całodniowy polityczny wiec. Lud smoleński gromadził się w centrum miasta. Jak zawsze kulminacyjny punkt stanowiło przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, obiecującego, że teraz już naprawdę zbliżamy się do „prawdy o Smoleńsku”, która przyniesie nie tylko wiedzę o przyczynach katastrofy, ale i moralne oczyszczenie narodu. Okrzyki „Jarosław, Jarosław!” niosły się po Krakowskim Przedmieściu.

Tusk jak papież Polak z okna pozdrowił zwolenników

Drugi skupił się w okolicach Dworca Centralnego, gdzie w środę w związku z przesłuchaniem w warszawskiej prokuraturze zjawił się Donald Tusk. Powitał go tłum przeciwników i zwolenników. Trudno było z początku odróżnić kto przyszedł Tuska powitać, a kto wręcz przeciwnie – zwolennicy byłego premiera zaopatrzeni byli bowiem w czerwone kartki, nie bardzo wiadomo dla kogo przeznaczone. Grupa z dworca odprowadziła Tuska pod prokuraturę. Tym razem warszawskie śródmieście rozbrzmiewało hasłem: „Donald Tusk”. Niepisowskie media na żywo relacjonowały każdy szczegół wizyty byłego premiera. Pojawiały się m.in. newsy o Tusku, który jak papież Polak z okna na Franciszkańskiej pozdrowił swoich zwolenników z okna prokuratury.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej