Po ogłoszeniu wyników niedzielnego referendum w sprawie wprowadzenia ustroju prezydenckiego premier Turcji triumfalnie ogłosił „otwarcie nowego rozdziału w historii tureckiej demokracji”. Ale wbrew jego słowom pod rządami wszechmocnego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana historia tureckiej demokracji na razie się zakończy. Taki sam los czeka turecką przygodę z Europą. Media już podały, że po zwycięstwie Erdogan podda pod powszechne głosowanie ponowne wprowadzenie kary śmierci. Bez szubienic nie może w końcu być prawdziwego sułtana. Jednak w Europie dla krajów, w których wysyła się ludzi na szafot, nie ma miejsca. Tym bardziej że można się spodziewać, iż w Turcji, jak dawniej, stryczek czeka nie tylko zbrodniarzy, ale też przeciwników politycznych sułtana.

Zwycięstwo Erdogana w referendum nie jest wielkie. Za znacznym rozszerzeniem jego kompetencji głosowało 51,3 proc. Turków. To oznacza, że prawie połowa oparła się propagandzie, która przedstawiała przeciwników prezydenta jako zdrajców, i nie dała się zastraszyć niekończącą się falą aresztowań. W Turcji po zeszłorocznym nieudanym zamachu stanu Erdogan wsadził do więzień prawie 50 tys. ludzi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej