PiS to partia wodzowska, a władzę absolutną sprawuje Kaczyński. Każdy, kto za bardzo się wychyli, staje przed plutonem egzekucyjnym. Tak było w przeszłości z Ludwikiem Dornem, podobny los spotkał Zbigniewa Ziobrę. Musiało dojść też do zwarcia z Macierewiczem, skoro minister obrony kilkukrotnie zlekceważył publiczne żądania prezesa PiS, by sprawę Misiewicza jednoznacznie załatwić.

Szef MON nie pozwoliłby sobie jednak na taką niesubordynację, gdyby nie czuł się mocny, a nawet niezbędny. To przecież Macierewicz, nie Kaczyński, jest dla twardego elektoratu uosobieniem walki o „pisowską prawdę smoleńską”. To Macierewicz firmował kolejne komisje „ekspertów” i dolewał paliwa do tej najważniejszej w ostatnich latach bitwy PiS.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Jeszcze rano w PiS o Misiewiczu było cicho. A później przemówił Kaczyński i wtedy się zaczęło

Od objęcia władzy w listopadzie 2015 r. urósł jeszcze bardziej. Natychmiast podjął decyzję o wprowadzeniu smoleńskich apeli poległych (de facto apeli Lecha Kaczyńskiego) przy okazji każdej uroczystości, w której uczestniczy wojsko. Paradoksalnie, dla wielu zwolenników obozu rządzącego to szef MON stał się depozytariuszem pamięci Lecha Kaczyńskiego, czego efektem było ustawienie w ostatni poniedziałek ruchomego popiersia śp. prezydenta przed siedzibą garnizonu warszawskiego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej