Mieszkam na przedmieściu, nieopodal drogi wjazdowej do Warszawy. W nocy z 9 na 10 kwietnia nie dało się spać – co rusz budziły mnie syreny. Najpierw myślałem, że to jakiś większy pożar czy wypadek, dopiero później dotarło do mnie: to kolumny policyjne ciągną do stolicy na rocznicę katastrofy.

Tego dnia miasto wyglądało jak w czasach stanu wojennego – obstawione ulice, zablokowane przejścia, poprzegradzane barierkami jezdnie. Zwarte kolumny funkcjonariuszy spieszyły z różnych kierunków w stronę Starówki i Krakowskiego Przedmieścia. W rejonie PiS-owskich obchodów i opozycyjnej demonstracji było ich chwilami więcej niż demonstrantów.

Warszawskie zasoby kadrowe okazały się niewystarczające, więc władze pozwoziły policjantów z różnych stron kraju. „Czy da się tędy dojść do Kordegardy?” – pytała starsza pani funkcjonariusza w kordonie. „Ja tam nie wiem, bo ja z Białegostoku”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej