Co gorsza, ogarnia mnie przeświadczenie, że los karze właśnie tych, którzy mają najwięcej do powiedzenia, najwięcej do ofiarowania innym. Przekora kostuchy, wola boska? Przynosząc śmierć, los na ogół nie jest sprawiedliwy. Również dla tych, którzy zostają na padole, bo nie będzie już nowych pieśni Jacka Kaczmarskiego.

Czytam wspomnienia o Jacku i oczom nie wierzę. Tyle w nich drętwej mowy i szpanu, których Jacek tak nie lubił. Gdyby żył, wykpiłby te fałszywe pieszczoty. No właśnie, gdyby żył, to on sam napisałby własny hymn.

„Był z nami, tworzył, popierał nas...” – przewija się na łamach gazet, jakby brakło słów zdolnych opisać sprzeczną duszę poety i barda, który całe swoje życie brnął pod prąd wszelkich kanonów i mód. Wielbił...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.