Co gorsza, ogarnia mnie przeświadczenie, że los karze właśnie tych, którzy mają najwięcej do powiedzenia, najwięcej do ofiarowania innym. Przekora kostuchy, wola boska? Przynosząc śmierć, los na ogół nie jest sprawiedliwy. Również dla tych, którzy zostają na padole, bo nie będzie już nowych pieśni Jacka Kaczmarskiego.

Czytam wspomnienia o Jacku i oczom nie wierzę. Tyle w nich drętwej mowy i szpanu, których Jacek tak nie lubił. Gdyby żył, wykpiłby te fałszywe pieszczoty. No właśnie, gdyby żył, to on sam napisałby własny hymn.

„Był z nami, tworzył, popierał nas...” – przewija się na łamach gazet, jakby brakło słów zdolnych opisać sprzeczną duszę poety i barda, który całe swoje życie brnął pod prąd wszelkich kanonów i mód. Wielbił „Solidarność”, która była jego natchnieniem w czasach cenzury i pałki, ale stał się jej prześmiewcą, gdy obrosła w tłuszcz stabilizacji, śnił o wolnej Polsce, kiedy na ulicach pojawiły się czołgi, lecz wyjechał do dalekiej Australii rozczarowany polityczną ślepotą, swarami i małością nowych wielkorządców. Kontestator skłócony z czasem, w którym przyszło mu żyć, czy raczej wieczny marzyciel zamknięty w kapsule historycznych odniesień, do których tak często się odwoływał? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tak zadane pytanie, w swoim dynamicznym stosunku do napotykanych realiów bowiem Jacek Kaczmarski zawsze pamiętał o lekcjach przeszłości, które były dla niego źródłem ogromnej inspiracji, ale jednocześnie żywo reagował na każdy przejaw okrucieństwa, zniewolenia, a nawet zwykłej głupoty.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej