Wycinano kasztanowce na śródmiejskich skwerach. Wycinano aleje wierzbowe, swojskie niczym plakat Konkursu Chopinowskiego. Wycinano lipy wokół wiejskich kapliczek, sosny w nadmorskich lasach, klony przyczajone na zapleczu centrum handlowego.

Wszędzie świeciły jasnożółte przekroje. – Zupełnie zdrowe – mówili przechodnie – żadnego próchna.

Cięto równo. Szpalery dębów w eleganckich willowych dzielnicach i bezimienne drzewka, zdrewniałe pokraki, które wyrosły chyłkiem na zaniedbanych podwórkach i pustych parcelach.

Cięto pod hotele, pod stacje, pod szopy albo apartamentowce. Cięto dla zysku. Cięto, żeby sprzedać drewno. Cięto do kominka. Cięto, żeby nie zasłaniały okien, żeby nie zrzucały liści, żeby nie zajmowały miejsca. Cięto na zapas, bo może coś tu się zbuduje, bo może kiedyś się sprzeda. Cięto, bo powstała taka możliwość.

– Przed szkołą wycięli największą jodłę – opowiadała nauczycielka. – Dzieci pytają dlaczego, a ja nie wiem. Dyrekcja nie wie. Po prostu przyjechali, ścięli i odjechali. Nawet nie wiadomo, gdzie dzwonić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej