Wielkie Węgry zaczęły się kawałek za parkingiem centrum handlowego Kabanos, gdzieś w każdym razie pomiędzy tym centrum a Jabłonką. Przy siódemce. Tam się aż do pierwszej wojny światowej zaczynała Korona św. Stefana. Orawa. Naprawdę. Węgry w Polsce. Może nie Budapeszt w Warszawie, ale zawsze. Kiedyś zapytałem znajomego Węgra, zwolennika Orbana, czy chciałby mieć Warszawę w Budapeszcie, bo w Warszawie to się mówi, że dobrze by było w Warszawie zrobić Budapeszt. Węgier popatrzył na mnie tak, jakby mi chciał gorączkę zmierzyć, i powiedział: „Nie, wiesz, nie”. "Dlaczego? – spytałem. – Polak, Węgier – dwa bratanki!".

Węgier nie wiedział, czy sobie z niego jaja robię, czy nie, ale na wszelki wypadek powiedział, że może niech każdy zostanie u siebie, i poszedł sobie, oglądając się ukradkiem, czy za nim przypadkiem nie idę.

*

No, w każdym razie jak się jedzie z Krakowa na Zakopane, żeby się na te historyczne Wielkie Węgry dostać, trzeba przy wielkim drewnianym Fredzie Flintstonie skręcić w prawo, na Chyżne. Bo stoi tam Fred Flintstone na rozstajnych drogach. Drewniany. W sumie podobny. Nie wiem, co reklamuje, może nic. Stoi, i tyle. Może to po prostu pomnik Freda Flintstone’a. Czemu nie? Tylu papieży stoi, zresztą wbrew samemu papieżowi, stoją w Radomiu złoty Lech Kaczyński i Maria Kaczyńska, też złota; stoi w Świebodzinie Jezus z siatkobetonu, ze schowkiem na cement i drabiny w środku – czemu nie miałby stać Fred Flintstone?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej