Na początku lat 90. Leszek Balcerowicz przestawiał gospodarkę na tory rynkowe, Wiesław Rozłucki tworzył giełdę, Lesław Paga pisał reguły rynku kapitałowego, Janusz Lewandowski prywatyzował, a Jacek Saryusz-Wolski integrował Polskę z Unią Europejską. Zasług na tym polu nikt mu nie odbierze, nawet jeśli zgodził się wziąć udział w grze Prawa i Sprawiedliwości – partii, która kwestionuje dorobek III RP i jest niechętna Unii.

We wrześniu skończy 69 lat. Ma za sobą długą i satysfakcjonującą karierę urzędnika wysokiego szczebla oraz aktywnego członka Parlamentu Europejskiego. Nigdy jednak nie był konstytucyjnym ministrem ani pierwszoplanowym politykiem. Był ważnym ekspertem, ale pozostawał w cieniu innych. Czyżby przed emeryturą postanowił wyjść z cienia?

Kilka lat temu mówił w „Dzienniku Zachodnim Polska The Times”: „Ze zgrozą obserwuję, jak w instytucjach unijnych Polak Polakowi prędzej zaszkodzi, niż pomoże. Nie lubimy i nie rozumiemy siebie, więc nie dziwmy się, że i inni nas nie rozumieją”. Nikt nie ma wątpliwości, że nieoficjalny pomysł, by kandydował na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, ma tylko jeden cel – zaszkodzenie Donaldowi Tuskowi.

Zobacz: "Ja bym go wyrzucił". Petru ostro o Saryuszu-Wolskim i grze PiS

"Ja bym go wyrzucił". Petru ostro o Saryuszu-Wolskim i grze PiS

Twardy negocjator

Pochodzi z Łodzi, był pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Łódzkim, skąd wywodzi się grupa ekonomistów, którzy po 1989 roku objęli wysokie stanowiska: Jerzy Kropiwnicki, Marek Belka, Anna Fornalczyk, Jarosław Bauc. Zajmował się Wspólnotami Europejskimi – tematem, który w PRL epoki Gierka wydawał się niszowy. W 1973 r. skończył też studia podyplomowe w Centre Européen Universitaire w Nancy. Wstąpienie do „Solidarności” nie zahamowało jego kariery. Pod koniec lat 80. został na uczelni kierownikiem Ośrodka Badań Europejskich.

Gdy w 1991 roku rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego utworzył stanowisko pełnomocnika ds. integracji europejskiej i pomocy zagranicznej, Jacek Saryusz-Wolski na tę funkcję nadawał się idealnie i sprawował ją do roku 1996 w pięciu kolejnych rządach. Ale gdy w gabinecie Hanny Suchockiej do obsadzenia było stanowisko członka Rady Ministrów ds. Integracji z EWG, dostał je polityk – Jan Krzysztof Bielecki. Saryusz-Wolski musiał się zadowolić dotychczasową funkcją.

Jego najważniejszym zadaniem był układ stowarzyszeniowy z Unią Europejską. Twardo negocjował. Bił się, by w preambule był zapis o tym, że docelowo Polska zmierza do członkostwa w Unii, ale w dokumencie Unia odnotowała tylko nasze „aspiracje do członkostwa”.

Po kilkunastu latach obecności przywykliśmy, że jesteśmy pełnoprawnym i ważnym członkiem Wspólnoty, ale w 1991 roku urzędnicy z Brukseli proponowali nam pomoc według formuły przyjętej dla krajów Trzeciego Świata. Saryusz-Wolski szybko im to wybił z głowy. „Nie jesteśmy Afryką, nie jesteśmy krajem nierozwiniętym” – powiedział zmieszanym eurokratom. W lipcu 1991 roku oświadczył, że zawiesza negocjacje, bo warunki proponowane Polsce są niekorzystne. Ale miesiąc później w ZSRR była próba zamachu stanu i Bruksela zmiękła. Przewodniczący Komisji Europejskiej zapewnił, że w razie zagrożenia Polska nie będzie sama. Europa Zachodnia bała się konfliktu na Wschodzie, który mógłby doprowadzić do napływu milionów imigrantów z. Polski.

W negocjacjach w sprawie członkostwa Polski w UE Saryusz--Wolski brał udział od 2000 roku, gdy premier Jerzy Buzek mianował go sekretarzem Komitetu Integracji Europejskiej. Był obecny na słynnym szczycie w Nicei (7-11 grudnia 2000 r.), gdzie wynegocjowany został traktat, według którego Polska otrzymała 27 głosów w Radzie Europejskiej. Tylko o dwa mniej niż największe kraje Unii, w tym Niemcy.

Nicea albo śmierć

Traktat z Nicei był dla Polski korzystny, ale w 2004 roku kraje członkowskie podpisały nowy, który przewidywał, że siła głosów poszczególnych krajów w Radzie Europejskiej będzie proporcjonalna do liczby ludności.

„Nicea albo śmierć” – zawołał wówczas Jacek Saryusz-Wolski, ale powtórzył to w Sejmie Jan Rokita i to ten drugi uważany jest za autora hasła. Saryusz jak zwykle pozostał w cieniu.

Od 2004 roku jest europarlamentarzystą z listy Platformy Obywatelskiej. Był do tej funkcji doskonale przygotowany i stał się jednym z aktywniejszych europarlamentarzystów. Od lipca 2004 do stycznia 2007 roku (przez połowę kadencji) pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego z ramienia EPL-ED (Europejskiej Partii Ludowej). W 2007 r. objął stanowisko przewodniczącego komisji spraw zagranicznych.

Platforma Obywatelska, do której wstąpił (był przez pewien czas nawet wiceprzewodniczącym), była partią wielonurtową. W sprawach europejskich nie mówiła jednym głosem. Część działaczy (na przykład Janusz Lewandowski) uważała, że obecność w Unii jest dla Polski wartością nie do przecenienia i trzeba po prostu korzystać z jej mechanizmów. Rokita i Saryusz obawiali się, że Unia może narzucić Polsce niekorzystne rozwiązania. Za hasłem „Nicea albo śmierć” kryła się zatem nieufność wobec UE i chęć blokowania jej decyzji.

Saryusz PO-PiS-owiec

Jacek Saryusz-Wolski publicznie nigdy nie atakował instytucji unijnych w takim stylu, jak to czynią politycy PiS. A jednak są sprawy, które go łączą z PiS. Zapewne doskonale znalazłby się w PO-PiS – formacji, która miała szansę powstać w 2005 roku.

W styczniu 2007 roku doszło, jak zawsze w połowie kadencji Parlamentu Europejskiego, do roszad kadrowych. Saryusz-Wolski stracił funkcję wiceprzewodniczącego Parlamentu, ale ubiegał się o stanowisko przewodniczącego komisji spraw zagranicznych. I osiąg-nął ten cel, co oznaczało, że Janusz Lewandowski stracił funkcję przewodniczącego równie ważnej komisji finansów. Saryusz-Wolski miał wówczas poparcie europosłów PiS. W Polsce sekundowały mu prawicowe media.

W ostatnich latach coraz częściej zajmował stanowisko bliskie PiS. W kwietniu 2016 roku był jedynym europarlamentarzystą z PO nieobecnym podczas głosowania nad rezolucją wzywającą władze polskie do wprowadzenia zaleceń Komisji Weneckiej.

W październiku zabrał głos w sprawie zerwania kontraktu na francuskie caracale. „Od Francuzów Polska powinna uczyć się żelaznego trzymania się własnych interesów. Musimy dążyć do tego, byśmy byli traktowani jak poważne kraje zachodnioeuropejskie, a nie jak rynek zbytu” – mówił, przyznając rację Antoniemu Macierewiczowi.

Skrytykował niedawny list Donalda Tuska do szefów europejskich rządów, w którym były premier pisał, że zagrożeniem dla Unii Europejskiej są obok Rosji, Chin i państwa islamskiego także Stany Zjednoczone rządzone przez Trumpa. Podobnie jak politycy PiS podkreśla znaczenie Grupy Wyszehradzkiej.

Jego milczenie, gdy „Financial Times” ujawnił, że jest sondowana jego kandydatura na stanowisko zajmowane obecnie przez Tuska, nie jest przypadkowe. Doskonale wie, że nie ma szans na zastąpienie byłego premiera, ale im większe zamieszanie wokół kandydatury, tym mniejsze szanse Tuska na reelekcję. Komentatorzy powszechnie spekulują, że nagrodą będzie stanowisko szefa polskiego MSZ.

Mimo wszystko to mało prawdopodobne. Z jednej strony musiałby żyrować coraz brutalniejszą politykę wewnętrzną PiS i dostosować swój język do propagandy tego ugrupowania, co byłoby dużym dyskomfortem. Z drugiej zaś – przez całą karierę był singlem, człowiekiem niezależnym, którego pozycja wynikała z kompetencji. Dla Jarosława Kaczyńskiego nie byłby wygodnym partnerem.

Wielu komentatorów zwraca uwagę, że wolta Saryusza-Wolskiego może być zemstą na Tusku, który nigdy nie zaproponował mu wysokiego stanowiska. Z pewnością Saryusz nadawałby się na ministra spraw zagranicznych (po odejściu Radosława Sikorskiego został nim Grzegorz Schetyna, merytorycznie gorszy). Byłby też świetnym unijnym komisarzem, ale Tusk na tym stanowisku widział Elżbietę Bieńkowską. Utracił nawet stanowisko członka zarządu PO, był w partii marginalizowany. Czy zaczyna wielką grę, czy tylko chce zrobić Tuskowi psikusa?