Widać to po doniesieniach medialnych i po ogłoszeniach o sprzedaży szczególnie cennego drewna, np. dębowego, z prywatnych działek.

Wycinane są drzewa na przydomowych gruntach w miastach i pod miastami, w małych wioskach i na polach. Pod piłę idą topole, osiki i wierzby, które dość szybko rosną i nie muszą być specjalnie stare, by osiągnąć spore rozmiary – a na ich drewnie nie da się specjalnie zarobić. Ale znikają też te cenniejsze, jak olchy, jesiony, dęby, z których wiele rozpoczęło swój żywot na początku zeszłego wieku lub o wiele wcześniej.

Efekt Szyszki. Polska w trocinach

Ministerstwo Środowiska, które stoi za ustawą znoszącą ograniczenia na prywatnych terenach i poluzowującą ograniczenia na terenach inwestycyjnych, broni się bałamutnymi argumentami.

Minister Jan Szyszko mówi, że jak ktoś „posadził drzewa, to ma prawo je wyciąć”. Na pozór racja, tyle że na to pozwalało już poprzednie prawo. Drzewa owocowe i drzewa mające do dziesięciu lat można było wycinać bez zezwolenia. Dziesięć lat to chyba wystarczający czas na przemyślenie, czy posadziliśmy drzewo we właściwym miejscu. Nie mam złudzeń. Te, które dziś idą pod topór, w przytłaczającej większości nie były sadzone przez tych, którzy je wycinają. Ich nie było wtedy jeszcze na świecie. A zadrzewienia śródpolne czy słynny ols w okolicach miejscowości Sława, o którym pisaliśmy w „Wyborczej”, składają się z drzew, których nikt nie sadził. Wysiała je natura i tym bardziej są cenne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej