Swoim i – to jeszcze jak! – był, póki posłował, deputowany do Dumy Denis Woronienkow. Ale kiedy zwiał (i to z żoną, także byłą posłanką) na Ukrainę, został przeniesiony do kategorii „pozostali”. Okazuje się więc, że od dawna, jak mówią nasi sąsiedzi, „tęskni za nim prokurator”.

Wzorowy putinista i krymnaszysta

A było tak pięknie.

Woronienkow, przypisany do frakcji komunistów, niby opozycyjnej, ale tylko niby, z niekłamanym entuzjazmem oklaskiwał wszelkie posunięcia Kremla i „partii władzy”, czyli Jednej Rosji. A i rękę do nich przykładał.

Był jednym z autorów patriotycznej ustawy ograniczającej udział zagranicznego kapitału w rynku rosyjskich mediów. Dzięki temu prawu Kremlowi udało się zdołować kilka niezłych tytułów prasowych. Zwalczał też grę "Pokemon Go", grzmiąc, że to imperialistyczny wynalazek skłaniający młodzież do zdrady.

Ukrainy – gdzie się akurat niedawno znalazł – też nienawidził przykładnie. Jeszcze dwa lata temu tak opisywał kraj, w którym teraz szuka azylu: „Dziś Ukraina to nie tylko tragedia bratniego narodu. To lekcja dla nas wszystkich! Oto, co się dzieje z młodzieżą, którą z premedytacją przez długie lata obrabiano. Poprzez media, filmy, pieśni, szkołę. Przez 25 lat kilka pokoleń młodzieży wychowywano w duchu rusofobskim”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej