Ukraina już parę razy marnowała okazje zbudowania praworządnego, nowoczesnego państwa. Poradzieckie władze nie były zdolne, by wykorzystać do śmiałych reform niepodległościowy entuzjazm po 1991 r. Zawód sprawiły Ukraińcom elity, które zaprzepaściły pomarańczową rewolucję 2004 r. Gdy jednak prorosyjski prezydent Wiktor Janukowycz odmówił podpisania umowy zacieśniającej więzi Kijowa z UE, ludzie ponownie wylegli na Majdan.

Dokładnie trzy lata temu ta rewolucja godności, jak ją nazywają na Ukrainie, weszła w tragiczną, krwawą fazę.

Janukowycz uciekł z Kijowa 21 lutego 2014 r. Natychmiast powstały napięcia między zwolennikami szybkich reform, których żądały ruchy obywatelskie wyrosłe z Majdanu, a hamulcowymi. Ci drudzy obrali wprawdzie kurs „na Zachód”, ale nie byli gotowi wyrzec się profitów ze starego układu. Wybór prozachodniego oligarchy Petra Poroszenki na prezydenta sprawił, że te napięcia zaczęły targać nie tylko rządem. To bowiem także osobiste dylematy Poroszenki i jego przyjaciół.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej