O pomyśle wydzielenia awangardy, która integrowałaby się szybciej i pociągała resztę krajów przykładem swego sukcesu, rozmawiano już ponad 20 temu, gdy obecny niemiecki minister finansów zaproponował stworzenie Kerneuropy, czyli twardego trzonu Unii. Nic wtedy z tego nie wyszło, ale po wprowadzeniu euro i rozszerzeniu o naszą część Europy twardym trzonem (pierwszą prędkością) stał się euroland. Ma już odrębną instytucję ESM odpowiadającą za kredyty ratunkowe, którą powołano w 2012 r. odrębnym traktatem krajów eurolandu, bez wymogu zgody ze strony reszty UE. Zdaniem wielu ekspertów to właśnie w ramach struktur ESM będzie w przyszłości pogłębiać się integracja eurolandu.

Odrębność eurolandu, strefa Schengen nieobejmująca wszystkich krajów UE,  a także traktatowa instytucja „wzmocnionej współpracy” w niektórych dziedzinach (np. wspólny patent europejski) tylko dla chętnych to - istniejące już dziś - „różne ścieżki integracji”. Mimo to w Unii do niedawna mówiono o tym wręcz wstydliwie. I dlatego za sporą nowość uchodzi niedawna deklaracja kanclerz Angeli Merkel, że różne prędkości należy wpisać 25 marca do unijnej deklaracji rzymskiej (z okazji 60. rocznicy powołania Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, z której wyrosła Unia). O prędkościach mówili dotąd Włosi czy Francuzi, a nawet niemiecka współrządząca socjaldemokracja. Ale Merkel wolała tego unikać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej