Jej wizyta w Warszawie to rzucenie koła ratunkowego, które rządzący obóz powinien chwycić obiema rękoma. Nawet jeśli dla doraźnych celów w polityce wewnętrznej PiS wygraża Niemcom, ustawiając je w roli gospodarczego kolonizatora, wręcz agresora dybiącego na naszą suwerenność.

Powiedzmy sobie szczerze – nasza sytuacja geopolityczna nie jest najlepsza. Na Wschodzie Władimir Putin pręży muskuły. Wojna na Ukrainie trwa, w Donbasie co chwilę giną ukraińscy żołnierze, a reformy wewnętrzne się ślimaczą. Nie wiemy, czy rosyjska agresja przejdzie do fazy kolejnej ofensywy – nie można tego wykluczyć. Nie wiemy, jak długo Ukraina będzie państwem stabilnym (oby jak najdłużej).

Białoruś przestaje być autorytarnym, ale jednak przewidywalnym, buforem. Trwa właśnie gospodarczo-propagandowa wojna Mińska z Moskwą. Rosjanie chcą zmusić Aleksandra Łukaszenkę do uległości cenami gazu i ropy, ogłaszają odbudowanie granicy, która zniknęła w latach 90. XX w. Baćka się stawia, ale karty ma zdecydowanie słabsze. Kto wie, czy Kreml nie posunie się dalej i całkowicie nie zwasalizuje naszego sąsiada – być może zbrojnie, być może przez przewrót pałacowy?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej